Świat zabrnął w ślepą uliczkę

 T Podgajniak Arch Abrys

Z Tomaszem Podgajniakiem, wiceprezesem CDM, byłym ministrem środowiska, m.in. na temat Szczytu Klimatycznego w Kopenhadze, rozmawia Agata Szymańska.

W grudniu zakończył się światowy Szczyt Klimatyczny w Kopenhadze. Przez wielu wydarzenie to zostało okrzyknięte klęską. A jaka jest Pańska ocena?

Niewątpliwie jest to klęska – i to chyba nie chwilowa – koncepcji globalnej polityki klimatycznej, lansowanej przez Unię Europejską i ruchy ekologiczne. W tej kwestii świat zabrnął w ślepą uliczkę. Chłodna analiza prowadzi do wniosku, że części uczestników negocjacji o raczej, nie chodzi o to, żeby zredukować emisje CO2 w skali globalnej, ale raczej o to, aby przyznać krajom rozwijającym się prawo do większych emisji zanieczyszczeń, kosztem ich drastycznego ograniczenia w państwach wysokorozwiniętych.

Obecna przewaga gospodarcza, technologiczna oraz infrastrukturalna krajów tzw. bogatej północy, do których zalicza się także Polska, zostałaby w ten sposób istotnie zredukowana. Taki cel mają Chiny, Indie lub inne państwa azjatyckie, upatrujące w tym szansę na dalszy wzrost dynamiki własnego rozwoju. Towarzyszą temu sięgające setek miliardów dolarów roszczenia krajów rozwijających się, które żądają od państw najbogatszych ogromnych kontrybucji na ograniczanie skutków zmian klimatu. Tymczasem efektywność wykorzystania i rzeczywiste przeznaczenie tych środków może budzić uzasadnione wątpliwości.

Innym ważnym aspektem, ku mojemu zdziwieniu prawie nieobecnym w dyskusji publicznej, są konsekwencje prawne proponowanych rozstrzygnięć. Jeżeli potwierdzimy odpowiedzialność człowieka za zmiany klimatyczne w wiążącej prawnie międzynarodowej konwencji, stworzymy podstawę do roszczeń dla tych, którzy konsekwencje takich zmian ponoszą. Jest to aspekt ekonomiczno-prawny o bardzo poważnych, a trudnych dziś do oszacowania implikacjach. Dlatego myślę, że w najbliższym czasie na porozumienie w tej kwestii nie ma większych szans.

Co do możliwości redukcji emisji jestem jednak umiarkowanym optymistą. Zapewne już w następnej dekadzie, wymusi ją w skali globalnej zupełnie inny czynnik, a mianowicie coraz trudniejszy dostęp do nieodnawialnych nośników energii. Gdybyśmy jednak rzeczywiście chcieli cokolwiek w tym względzie przyśpieszyć, trzeba by przyjąć zupełnie odmienną filozofię działania.

Priorytetem nie musi być administracyjne ograniczanie emisji z ich najważniejszych źródeł. Trzeba natomiast odpowiednio stymulować konsumpcję, na przykład poprzez system tzw. certyfikatów węglowych. Ci, którzy konsumują towary wytwarzane przy zbyt dużym udziale energii z paliw kopalnych, musieliby za nie dodatkowo płacić. Wówczas, niezależnie od tego, czy źródło emisji znajdowałoby się w Chinach, w USA, czy w Polsce, każdy Ziemianin ponosiłby obciążenia proporcjonalne do swojej konsumpcji. Zachęcałoby to do wyboru towarów lub usług, które są produkowane dzięki technologiom bardziej efektywnym, niskoemisyjnym lub zerowęglowym.

Do przyjęcia takiej koncepcji jeszcze daleka droga. Ale idealistyczne, jednostronne deklaracje, ogłaszane na długo przed przystąpieniem do negocjacji oraz towarzysząca temu atmosfera strachu, wręcz histerii klimatycznej, tworzona przez różne kręgi polityczne i biznesowe, jak i wreszcie ukryte, ale całkiem realne interesy gospodarcze wielkich graczy światowych – i nie myślę tu tylko o osławionym sektorze naftowym, czy gazowym, ale także o funduszach inwestycyjnych i emerytalnych z gospodarek postindustrialnych – tworzą obecną patową sytuację.

Mam przy tym wrażenie, że część liderów politycznych stosują swoistą doktrynę strachu, a raczej straszenia społeczeństw. Zakłada ona, że w zglobalizowanym świecie, w tabloidalnej pseudorzeczywistości, kreowanej już praktycznie przez wszystkie media, w której sztucznie rozbudzane emocje eliminują oparty na racjonalnych podstawach dyskurs publiczny. Najskuteczniej można zarządzać postawami ludzkimi poprzez kreowanie kolejnych kryzysów i pogłębianie poczucia zagrożenia. Terroryzm, zagrożenia klimatyczne, osławiona „dziura ozonowa”, o której dziś już prawie wszyscy zapomnieli, czy kolejno ogłaszane pandemie SARS, świńskiej, ptasiej czy koziej grypy – realne lub też nie – to najbardziej spektakularne przykłady. W tle kryją się interesy grup politycznych, fundamentalistów różnej maści czy wielkich korporacji, które z takich kryzysów potrafią wyciągać olbrzymie korzyści.

Politycy sami się wpędzili się w sytuację, z której trudno wyjść z twarzą, bez ryzyka ośmieszenia i utraty wiarygodności. Trudno przecież poważnie potraktować projekt deklaracji politycznej, której przyjęcie ma zapewnić, że temperatura globalna, cokolwiek by to miało znaczyć, wzrośnie tylko o 2°C, a nie o 2,5 czy 1,5°C. To przejaw antropogenicznej pychy. Z kolei daleki od rzeczywistości opis przyczyn, skutków i możliwych rozwiązań utrudnia formułowanie racjonalnej strategii wyjścia z impasu. Dopóki jednak na pierwszej linii stoi generacja polityków, która postawiła na zmiany klimatyczne jako jeden z wehikułów, które kreują ich wizerunek w opinii publicznej, a także dają im siłę przebicia, mandat, by funkcjonować w polityce krajowej i globalnej, to na wycofanie się z tej ślepej uliczki nie ma szans. Potrzebna jest zmiana generacyjna, pojawienie się w polityce nowych ludzi, którzy powiedzą: przepraszam, sprawdzam, to chyba nie o to chodzi. Dla realizacji podstawowego celu, jeśli w ogóle traktujemy go poważnie, jakim jest postulowane przez panel IPCC ograniczenie do połowy wieku emisji CO2 o 50%, proponowane na Szczycie porozumienie czy stosowane jednostronnie (tak jak unijny system handlu emisjami) instrumenty realizacji polityki klimatycznej są przeciwskuteczne.

Nakładanie coraz ostrzejszych rygorów na przedsiębiorstwa funkcjonujące na terenie UE powoduje „migrację kapitału” i „wyciek technologii” do krajów szybko rozwijających się, takich jak Chiny, Indie, Indonezja, Brazylia, i innych rosnących w siłę ośrodków cywilizacyjno-gospodarczych, gdzie nie stosuje się żadnych tego typu ograniczeń. Z opracowań porównawczych wynika, iż zredukowanie emisji CO2 o jedną tonę na terenie UE skutkuje 1,5-tonowym czy dwutonowym jej wzrostem w tych krajach. A zatem w najbliższej przyszłości poziom globalnej emisji nie tylko nie spadnie, ale nadal będzie rósł, i to być może o kilkadziesiąt procent w obecnej dekadzie. Dlatego właśnie Szczyt Klimatyczny w Kopenhadze nie dał żadnych rezultatów.

Jako narzędzie w walce ze zmianami klimatycznymi wymienia się ostatnio coraz częściej technologie CCS. Tego typu rozwiązania popiera też Wspólnota Europejska, która w grudniu ub.r. przeznaczyła ok. 1 mld euro na sześć projektów wychwytywania i składowania węgla w Europie. Czy nie uważa Pan za ryzykowne inwestowanie tak wielu środków w nie do końca chyba jeszcze przetestowane technologie?

Mam w tym względzie wątpliwości. Rozważa się kilka metod sekwestracji, np. w głębinach oceanów. A przecież eksperci panelu IPCC ostrzegają, że wzrost stężenia CO2 w wodach oceanicznych powoduje ich zakwaszenie. Przyczynia się to do zagłady gatunków wrażliwych, a nawet całych ekosystemów, np. raf koralowych.

W Polsce rozważa się zatłaczanie CO2 do złóż solankowych, co pewnie jest bezpieczniejsze dla środowiska. Konieczna jest jednak analiza efektywności ekonomicznej i emisyjnej takich działań. Z dostępnych już danych wynika, że w przypadku Elektrownii Bełchatów, która ma realizować projekt pilotażowy, zastosowanie technologii CCS spowodowałoby zwiększenie zużycia energii na potrzeby własne o 8-9%.

Efektywność CCS mogłyby być wyższa w przypadku, gdy wychwytywany CO2 byłby zatłaczany do już częściowo wyeksploatowanych złóż ropy czy gazu ziemnego, umożliwiając ponowne uruchomienie wydobycia. Pomysł wydaje się dość atrakcyjny, gdyż wkrótce zaostrzy się globalna walka o zasoby. Należy oczekiwać narastającego globalnego kryzysu energetycznego, ponieważ kraje dysponujące największymi zasobami paliw kopalnych, ograniczą do nich dostęp. Ale czy taki projekt jest w Polsce realny? Obawiam się, że nie.

Nie jestem entuzjastą tej koncepcji. Techniki CCS, które mają ewidentnie niekorzystny wpływ na bilans energetyczny, niewyjaśnione kwestie techniczne, nieznane długofalowe konsekwencje ekologiczne oraz drastycznie wysokie koszty i samo podejście budzą moje wątpliwości. Nie ma ono wiele wspólnego z nowoczesną zasadą ochrony środowiska, tj. zapobiegania oddziaływaniom „u źródła”. Takie podejście jest raczej powrotem do, wydawałoby się odchodzących już w przeszłość, koncepcji „końca rury”.

Należy przy tym pamiętać, że przez miliony lat ewolucji ekosystem ziemski stworzył inne, znacznie efektywniejsze ekologicznie metody sekwestracji. Alternatywną, z którą każdy styka się na co dzień, jest przecież sekwestracja węgla w roślinach. Zrównoważona gospodarka leśna, którą od ponad dwóch dekad prowadzimy w Polsce, zapewnia coroczny, realny przyrost masy drzewnej, oznaczający realną sekwestrację kilkudziesięciu mln ton CO2. Jeżeli podejmiemy takie działanie na globalną skalę, to 1 mld euro przeznaczony przez KE na rozwój leśnictwa, a nie na CCS, mógłby zagwarantować magazynowanie nawet kilkuset mln ton CO2 rocznie. Komisja Europejska (KE) powinna przedstawić analizę porównawczą, która oceniłaby, czy np. masowe zalesianie w krajach biedniejszych nie mogłoby być konkurencyjną metodą sekwestracji CO2. Zapewniłoby to nie tylko długookresowe magazynowanie CO2 w ilości większej niż w ewentualnych instalacjach CCS, ale także poprawę różnorodności biologicznej oraz warunków klimatycznych i wodnych w krajach, które w przeszłości, poprzez rabunkową gospodarką leśną, zniszczyły swoje środowisko.

Techniki CCS, o ile okażą się stosowalne, będą funkcjonować tak długo, jak długo będą na ten cel pieniądze i energia. Tymczasem naturalna biologiczna sekwestracja węgla w kolejnych epokach geologicznych skutecznie regulowała stężenia CO2 w atmosferze bez udziału człowieka. Dziś moglibyśmy ten proces wykorzystać całkowicie świadomie, z korzyścią dla gospodarki i globalnego ekosystemu. Warto się nad tym zastanowić.

Technik CCS nie należy jednak a priori odrzucać. Polska ma duże zasoby węgla, co zapewnia naszej gospodarce najwyższy poziom bezpieczeństwa energetycznego w Europie. Jednak konieczność ograniczania emisji, przy jednoczesnym wykorzystywaniu rodzimych zasobów węgla może spowodować, że przynajmniej w pewnym okresie stosowanie CCS będzie uzasadnione i nieuchronne. Przyjmując takie założenie, warto jednak zauważyć, że wychwytywanie CO2 jest znacznie łatwiejsze z gazu syntezowego powstającego w procesie zgazowania węgla, np. technikami IGCC, niż z procesów tradycyjnego spalania węgla. Gaz syntezowy wytwarzany w instalacjach z wychwytem CO2 byłby nośnikiem energii o zdecydowanie większej efektywności, a tym samym mniejszej emisyjności. Techniki sekwestracji dawałyby w takich procesach lepszy efekt redukcyjny przy istotnie niższych nakładach energetycznych. Nie wydaje się jednak, aby w krótkim czasie metody takie stały się skutecznym sposobem znaczącego obniżenia emisji CO2 w Polsce.

Był Pan przewodniczącym powołanego przez poprzedniego ministra środowiska zespołu ds. regulacji związanych z emisjami przemysłowymi. Co Pan myśli o nowelizacji dyrektywy IPPC? Jakie konsekwencje mogą wynikać z przyjęcia tego dokumentu?

Przyjęta w 1996 r. dyrektywa IPPC stanowiła zwieńczenie trwających wiele lat dyskusji nad – szczególnie bliską mojej filozofii działania w sferze ochrony środowiska – ideą tzw. zintegrowanego podejścia z wykorzystaniem najlepszych dostępnych technik (BAT). Przyjęcie i praktyczna realizacja tej zasady okazały się dość trudne i wymagały od państw członkowskich UE zasadniczej rewizji poprzednio stosowanych systemów kontroli emisji. Jednak praktycznie wszyscy uczestnicy tego procesu, który zgodnie z postanowieniami dyrektywy zakończył się w 2007 r., uznają dziś, że przyjęto nowoczesne, skuteczne, a jednocześnie elastyczne instrumentarium, stymulujące rozwój „przyjaznych środowisku” technik i technologii. Po początkowych wątpliwościach rozwiązania te zaakceptowali także przedstawiciele najważniejszych branż przemysłowych.

Tym większe zdziwienie budzi fakt, że Komisja Europejska przystąpiła do procesu weryfikacji i zmiany dyrektywy IPPC (poprzez jej zastąpienie nową dyrektywą o emisjach przemysłowych) na długo przed zakończeniem procesu jej wdrożenia i bez rzetelnej analizy uzyskanych efektów środowiskowych i skuteczności przyjętych instrumentów. Co więcej, projekt nowej dyrektywy w praktyce kwestionuje ideę „ciągłego doskonalenia”, opartego o zmieniające się w czasie wymogi BAT i przywraca zarzucone, jak się wydawało, podejście typu „command and control”.

Ale z punktu widzenia Polski najpoważniejsze ryzyka związane są z propozycją drastycznego zaostrzenia standardów emisji z dużych źródeł spalania. Nasza energetyka dokonała przecież w minionej dekadzie znaczącego wysiłku inwestycyjnego, aby sprostać aktualnym, już bardzo ostrym wymogom. Tymczasem w pierwotnej propozycji Komisji, nowe, znacznie ostrzejsze standardy miałyby obowiązywać niemalże następnego dnia, po zakończeniu okresów derogacji, jakie w tym zakresie wynegocjowaliśmy w Traktacie Akcesyjnym.

Tymczasem to nie przemysł jest w tej chwili głównym źródłem pogarszania jakości powietrza, choć oczywiście dobrze byłoby emisje przemysłowe nadal zmniejszać, ale zanieczyszczenia komunikacyjne i tzw. niska emisja z sektora komunalnego. Nurtuje mnie zatem pytanie, jakie aspekty zdrowotne, środowiskowe czy ekonomiczne determinują taki pośpiech we wprowadzaniu kolejnych rygorystycznych wymagań w zakresie emisji przemysłowych? W uzasadnieniu dotyczącym nowelizacji dyrektywy IPPC, opracowanym przez KE nie znajduję odpowiedzi na to pytanie.

Z punktu widzenia Polski nowelizacja dyrektywy IPPC w proponowanym przez KE kształcie oznaczałaby konieczność całkowitej i natychmiastowej rewizji naszej doktryny rozwoju, nie tylko w sektorze energetyki wykorzystującej paliwa stałe, ale praktycznie we wszystkich dziedzinach gospodarki.

Nasz kraj nie ma technicznych ani ekonomicznych możliwości szybkiego przyjęcia tak radykalnych i zaskakujących zmian. Takich zwrotów w gospodarce nie dokonuje się z dnia na dzień. Dlatego też rząd Polski wystąpił o wprowadzenie do dyrektywy terminów derogacyjnych dla sektora energetycznego, sięgających poza 2020 r. Jak na razie wydaje się, że jest to możliwe, ale wkrótce okaże się (podczas prac w Parlamencie), czy uzgodnienia te nie zostaną zakwestionowane.

Z punktu widzenia praktyka, który ma w swoim dorobku szereg opracowań w tym zakresie, największą wadą proponowanej nowelizacji będzie likwidacja racjonalnej i akceptowanej przez przemysł elastyczności w określaniu sposobów ograniczania oddziaływania na środowisko jako całość, gdzie BAT i zasada zintegrowanego podejścia stanowią dziś wyznaczniki, a nie standardy. BAT, czyli opis wymogów najlepszych dostępnych technik, to swego rodzaju ideał, do którego dążymy, ale którego osiągnąć nie możemy, gdyż ulega on samoistnemu i systematycznemu doskonaleniu. Natomiast pomysł określania wymogów „najlepszych dostępnych technik” m.in. w formie prawnie wiążących standardów emisyjnych i technicznych wymierzony jest w to, co stanowi największą wartość „zintegrowanego podejścia”, a mianowicie w innowacyjność. Po cóż bowiem podejmować ryzyko innowacyjne i szukać innych, być może bardziej efektywnych dróg ograniczania oddziaływań, skoro bezpieczniej jest spełniać utrwalone w przepisie prawnym standardy BAT?

KE wydaje się nie dostrzegać, że trwałość i elastyczność, a jednocześnie konsekwencja w stosowaniu reguł tego typu, zwłaszcza w procesach inwestycyjnych czy przemysłowych, jest ważniejsza, i przynosi długofalowo znacznie lepsze skutki dla zrównoważonego rozwoju niż permanentna rewolucja legislacyjna.

Które przepisy prawne sprawiają polskim przedsiębiorcom najwięcej problemów?

Polski system prawny ochrony środowiska uwzględnia międzynarodowy dorobek, koncepcje i zasady w tym zakresie i nie nakłada na przedsiębiorców ani mniej, ani więcej obciążeń niż w innych krajach wysokorozwiniętych. Podstawowe problemy stwarzają jednak słownictwo i sposób formułowania myśli w niektórych aktach prawnych, a także kompetencje, a raczej ich brak, organów ochrony środowiska na szczeblu lokalnym, a czasami także regionalnym.

Przykładem mogą być problemy interpretacyjne i praktyczne, jakie pojawiły się po wejściu w życie Ustawy z 3 października 2008 r. o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko. Konstrukcja tego aktu prawnego, przyjęte założenia i instrumentarium są w mojej ocenie bardzo dobre, ale użyte tam słownictwo i pewne skróty myślowe powodują problemy w praktycznym stosowaniu tych przepisów.

Przykładowo w ustawie słusznie dano możliwość dwukrotnego przeprowadzania postępowania w sprawie oceny oddziaływania na środowisko. Co do zasady drugie postępowanie ma charakter fakultatywny i może być wymagane, zwłaszcza jeżeli w pierwszym podejściu nie są znane wszystkie informacje niezbędne dla pełnej identyfikacji i oceny skutków środowiskowych lub gdy pojawiają się nowe, nieznane wcześniej informacje bądź przesłanki mające wpływ na wynik oceny. Może być wymagane, ale nie musi, jeżeli właściwy organ jest usatysfakcjonowany kompleksowością i kompletnością ustaleń pierwszego raportu. Ale dotyczący tej kwestii art. 82, ust. 2 stanowi, że: „W stanowisku, o którym mowa, w ust. 1 pkt. 4 właściwy organ stwierdza konieczność przeprowadzenia oceny oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko w ramach postępowania w sprawie wydania decyzji, o których mowa w art. 72 ust. 1 pkt 1 i 10, biorąc pod uwagę w szczególności następujące okoliczności (…)”. Ja nie mam wątpliwości, że organ może, ale nie musi stwierdzić konieczność przeprowadzenia oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko. Jednak wiele organów gmin ma z tym poważny problem. Zabrakło słowa „może”. Ktoś, kto czyta ustawę literalnie, nie znając założeń proceduralnych ani celu i metod ocen oddziaływania na środowisko, może rozumieć ten zapis jako zobowiązanie organu do nałożenia na inwestora obowiązku sporządzania drugiej oceny.To tylko jeden z wielu przykładów. Poważne problemy interpretacyjne dotyczą także kwestii tzw. rozwiązań alternatywnych. Dostrzegam głęboki sens rozważania alternatyw lokalizacyjnych, ale raczej na etapie oceny strategicznej, kiedy podejmowane są decyzje kierunkowe i wskazuje się miejsca, w których mają lub mogą być realizowane określone przedsięwzięcia. Jednak w sytuacji, gdy w planie zagospodarowania przestrzennego dana działka jest określona jako np. teren inwestycji przemysłowych, a inwestor jest jej właścicielem, żądanie od niego przedstawienia trzech lokalizacji alternatywnych, a tak częstokroć organy ochrony środowiska interpretują przepis ustawy, wydaje się nieporozumieniem. Pojawia się przy okazji pytanie, czy organ wydający decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach mógłby wskazać lokalizację dla przedsięwzięcia na terenie innej gminy? I czy taka decyzja byłaby wiążąca dla organu wydającego pozwolenie na budowę na tamtym obszarze? Oczywiście, że nie. Przepisy te powinny zostać doprecyzowane. Uważam również, że przyznanie organowi wydającemu decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach prawa narzucania inwestorowi, jaki wariant ma być realizowany, stanowi dość drastyczne ograniczenie swobody działalności gospodarczej. Zadaniem organu jest przede wszystkim określenie, jakie wymogi ochrony środowiska mają być spełnione, a tylko w pewnych wypadkach, jakie metody mają być w tym celu zastosowane. Nie widzę jednak uzasadnienia dla narzucania inwestorowi wyboru charakteru, sposobu, czy nawet tylko miejsca prowadzenia działalności, jeżeli proponowana inwestycja nie spowoduje naruszenia standardów środowiska. Lokalny organ ochrony środowiska nie jest kompetentny w sprawach programowania działalności gospodarczej, a ponadto nie ponosi żadnej odpowiedzialności biznesowej za ewentualne negatywne konsekwencje ich przyjęcia.

Pewne problemy praktyczne związane są także z koniecznością zapewnienia udziału społeczeństwa w procesie wydawania oceny oddziaływania na środowisko planowanego przedsięwzięcia. O postępowaniu powinni w szczególności wiedzieć wszyscy ci, na których planowane przedsięwzięcie może oddziaływać. Jednak prawo nie konkretyzuje, co pojęcie „oddziaływanie” właściwie oznacza, i jakich standardów środowiskowych ma dotyczyć (np. czy zasięg widoczności obiektu zmieniającego lokalny krajobraz jest granicą takiego oddziaływania). W praktyce w wielu przypadkach trudno ustalić, na kogo i jak planowane przedsięwzięcie będzie wpływać, a co bardziej ortodoksyjne organy gmin żądają od inwestora przedstawienia listy właścicieli takich nieruchomości.

Kolejne źródło nieporozumień i konfliktów to system Natura 2000. Jest to nowoczesna i co do idei słuszna koncepcja ochrony przyrody, zakładająca koegzystencję ludzi i chronionych gatunków czy siedlisk, ale w praktyce okazuje się fatalnie realizowana.

Największą bolączką procesu inwestycyjnego w tym zakresie jest przerzucanie na inwestora odpowiedzialności za inwentaryzacje przyrodnicze na terenach ochrony ptaków, czy siedlisk. W praktyce państwo przyznaje się do niewiedzy: wyznaczyliśmy obszar ochrony, ale tak naprawdę nie bardzo wiemy, dlaczego w tym miejscu i w tych, a nie innych granicach, a także co ostatecznie będzie przedmiotem ochrony. Koszty tego typu działań są ogromne, ale z punktu widzenia inwestora nie one liczą się najbardziej. Najważniejszym czynnikiem jest czas. Przeprowadzenie rzetelnej inwentaryzacji przyrodniczej trwa częstokroć rok, a nawet dłużej. Z własnej praktyki wiem, że np. procedura uzyskania decyzji środowiskowej dla farmy wiatrowej, nawet jeżeli nie pozostaje ona w kolizji z obszarami Natura 2000 trwa w niektórych przypadkach dwa lata i więcej. To hamuje procesy inwestycyjne, powoduje zniechęcenie inwestorów, a nawet odpływ inwestycji do innych, mniej restrykcyjnych w tej mierze krajów.

Źle dzieje się też w zakresie gospodarki odpadami. Występuje tu problem nie tyle braku dobrych rozwiązań prawnych, ale przede wszystkim naszej ciągle zbyt niskiej świadomości ekologicznej oraz braku woli samorządów do realizacji działań uznawanych za niepopularne i zmniejszające kapitał polityczny.

 Jakie zadania stoją jeszcze przed polskimi przedsiębiorcami w zakresie ochrony środowiska?

Priorytetem stają się działania ukierunkowane na poprawę wskaźników emisyjności oraz na zwiększenie efektywności energetycznej. Bardzo istotne jest też dobre przygotowanie procesów inwestycyjnych. Do świadomości przedsiębiorcy musi dotrzeć fakt, że ocena oddziaływania przedsięwzięcia na środowisko musi zaczynać się w momencie narodzenia się koncepcji danej inwestycji.

Trzeba pamiętać, że sprostanie rosnącym wymogom środowiskowym to warunek zachowania konkurencyjności na rynku europejskim i globalnym.

Wywiad przeprowadzono drogą telefoniczną 8 stycznia 2010 r.

Opublikowano: Ecomanager Numer 2/2010 (04)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *